Świat, którego już nie ma

Zośka Papużanka zapytana, o czym opowiada On, przyznała, że najważniejszym tematem książki jest relacja matki i dziecka. Mamy Śpika i Śpika, tytułowego Onego, z którym od początku coś było nie tak. Dziś dziecko o poziomie inteligencji i wrażliwości Śpika posłano by do szkoły specjalnej z całą mądrością i zadufaniem XXI wieku, co Śpikowi oszczędziłoby wielu rozterek, a mamie Śpika powodów do wstydu. Bo jakże to tak, że inne dzieci mają same dobre stopnie, a Śpik tylko gromadkę łabędzi z każdego możliwego przedmiotu. I dziwny taki jakiś. Wszystko, co złe, to jego wina, każda draka, każdy obelżywy napis w szkolnej toalecie. Jak tak można, pani Kowalska, co to za syn. Wstyd.

Śpika i jego mamę poznajemy od zarania Śpikowych dziejów, od czasów okrągłego brzucha i porodówki. Towarzyszymy im w czasach wczesnodziecięcych, kiedy to Śpik ani za dużo nie mówi, ani nie reaguje na próby pobudzenia kreatywności i wyobraźni, choć mama Śpika z uporem godnym lepszej sprawy (czyżby?) czytuje mu o panu Maluśkiewiczu, Pawle, Gawle i panu kotku. Śpik słucha, ale nie słyszy. Jedyne, co go interesuje, to tramwaje, wielkie metalowe gąsienice, pochłaniające ludzi i wypluwające ich na kolejnych przystankach. Ale najważniejsza w życiu Śpika jest szkoła podstawowa, bo to tam, w pierwszy dzień, naprawdę staje się Śpikiem. W jego życie wkraczają nowi koledzy i koleżanki, każde na wieki wieków przyssane do swojego przezwiska: Fakir, Blacha, Puzon, Chuda… radosna zgraja wkracza na karty Onego razem ze szkolną codziennością, od babrania się w farbach na plastyce po naukę ruskiego, recytacje na akademiach i biełyj gołub w niebie krużyt. Nowy świat, nowe wyzwania, coraz to nowe powody do wstydu dla mamy Śpika.

On skrywa w sobie wiele tropów, za którymi mógłby podążyć czytelnik. Jeden z nich to postaci i ta słodko-gorzko-smutna, niemożliwa do zerwania więź, która splotła raz na zawsze Śpika i jego mamę. Inny trop, czasoprzestrzenny, wiedzie do świata, którego dawno już nie ma. Bo gdy Śpik bezradnie przysypia nad dodawaniem i gąskami sierotki Marysi, w kościele śpiewa się o Ojczyźnie, (wolną racz nam wrócić nam Panie), a w strategicznym miejscu placu Centralnego stoi pomnik Lenina. Choć, gdy ma się te osiem lat, przede wszystkim widzi się Leninowe buty:

Śpik lubił chodzić koło butów. Buty stały na placu w Hucie, nie w tej hucie, gdzie pracował tata Śpika i wszyscy nasi ojcowie, poza ojcem Chudej, tylko w Hucie Innym Mieście, które jest obok Krakowa i zaczyna się za rondem Czyżyńskim (…). Kiedy już się spacerowało po Hucie Innym Mieście, trzeba było przynajmniej raz przejść koło butów. Wszystkie drogi prowadziły do butów [1].

Potem zabierają buty i pana nad butami z cokołu, potem zabierają ideały, które się kiedyś miało jako dziecko, choćby wtedy, gdy zbierane z pietyzmem puszki okazują się śmieciami. Przychodzi czas na dyskoteki i Scorpionsów, a z tym przejściem od dziecięcego rozdokazywania do nastoletniej abnegacji przeobraża się cała rzeczywistość. Choćby ojciec Fakira, co zmienia zawód z milicjanta na policjanta. Wszystko się zmienia, tylko Śpik pozostaje Śpikiem.

Mogę się tylko domyślać pokładów sentymentalnego rozrzewnienia, jakie w starszych czytelnikach uruchamia proza Papużanki. Zwłaszcza Śpikowych równolatków, którzy musieli chodzić do szkoły wystrojeni w granatowe chałaty, niezniszczalne, praktyczne, czasem z białym kołnierzem, czasem z wszechogłaszającą przynależność tarczą na ramieniu. Dla których komunia oznaczała nie mistyczne spotkanie („smakował ten Pan Jezus normalnie”), tylko Wigry 3 i wyścigi rowerowe po całym osiedlu (notabene mam wrażenie, że ten brak mistycznych doznań się nie zmienia, tylko prezenty coraz bardziej wydumane i efekciarskie). Którzy gromadnie wystawali pod balkonami jednako szarych bloków, wrzeszcząc unisono do przodków gromkie „Czy! Wyj! Dzie! Mój! Przy! Ja! Ciel! Po! Ba! Wić! Się?!” (przynajmniej do czasu zainstalowania domofonu). Którzy, zamiast lekcji matematyki, pili pokornie z kubeczków jodynę, kiedy niebo przybrało fioletowy kolor. Ale i ja, dumny rocznik ‘89, potrafię odkopać w Śpikowym czasie minionym coś swojego – choćby wtedy, gdy wszyscy oglądają Szoguna, a pan Yabu popełnia seppuku. Też oglądałam. Tylko z kasety. A pozostałe historie znam z opowieści, od chałatów po wystawanie pod balkonem i nawoływanie antenatów.

Zośka Papużanka ukryła w Onym kilka magnesów, ściągających czytelnika intensywnie a skutecznie. Wspomniana relacji matki i dziecka, a przede wszystkim miłość matczyna, bezwarunkowa i czasem z tego własnego wstydu dumna – to jeszcze temat dla mnie obcy i mamę Śpika rozumiem tylko na podstawie wyobrażeń, nie własnych doświadczeń. Świat miniony, świat relaksów i wysyłania pocztówek do dzieci z bratniego Związku – wszystko to znam z opowieści, nie ze wspomnień. Ale i ja mam swój mały prywatny Ony magnes: styl. Bo sposób, w jaki Papużanka pisze, przynosi zachwyt niezależnie od tego, czy pamięta się Lenina i jego buty, czy nie.

Joanna Malita-Król

[1] Zośka Papużanka, On, Kraków 2016, s. 46.

Więcej tekstów autorki niniejszego wpisu na:
coczytamalita.wordpress.com

Komentarze

Komentarze