Fragment Kobiet w kąpieli z okazji Dnia Kobiet

Z okazji Dnia Kobiet postanowiliśmy zaserwować Wam fragment pięknej powieści Kobiety w kąpieli. Powieści, która jest intymnym, intrygującym portretem kobiecości we współczesnych Chinach. Powieści, w której odnajdzie się każda z nas.

Autorka książki Tie Ning podgląda swoje bohaterki niczym tytułowe Kobiety w kąpieli, pokazuje życie kobiet we współczesnych, dynamicznie zmieniających się Chinach, obserwuje je w najbardziej intymnych sytuacjach. Jak przez dziurkę od klucza ogląda obnażoną kobiecość bohaterek znajdujących się na rozdrożu i podejmujących próby pogodzenia otaczającej je rzeczywistości z własnym wyzwoleniem i nowoczesnością, na które Chiny nie do końca są jeszcze gotowe. Czytając tę książkę ma się nieodparte wrażenie, że emocje, które targają bohaterkami, są uniwersalne i wspólne dla wszystkich kobiet, niezależnie od narodowości. Życzymy miłej lektury, a jeśli książka Was wciągnie, polecamy jej kupno w atrakcyjnej cenie 17,96 zł w księgarni internetowej znak.com.pl - tutaj.

Gdybym miał wybrać dziesięć najlepszych dzieł w światowej literaturze na przestrzeni ostatniej dekady, Kobiety w kąpieli z pewnością znalazłyby się wśród nich”.

3.

Potem w życiu Tiao i Fei pojawiła się Youyou. Youyou nie była syrenią siecią i nie wzięła się z oceanu. Chodziła z Tiao do klasy.

Wpakowała się w tarapaty już na samym początku szkoły średniej. Nauczycielka języka wywołała ją do odpowiedzi i nakazała wyrecytować z pamięci słowa przewodniczącego Mao. Uczenie się na pamięć i prze­pisywanie słów przewodniczącego Mao było wówczas elementem nauki języka. Youyou miała przytoczyć część dotyczącą rewolucji: „Rewolucja to nie zapraszanie przy­jaciół na kolację, to nie pisanie eseju…”. Youyou wstała i wyrecytowała z pamięci:

– Rewolucja to zapraszanie przyjaciół na kolację, to…

– Stop! Stop! – zawołała nauczycielka.

Youyou przerwała i zobaczyła, że wszyscy koledzy i ko­leżanki zasłaniają sobie usta i śmieją się. Nauczycielka za­stukała w biurko bambusowym wskaźnikiem.

– Z czego się śmiejecie? – spytała. – Meng Youyou, wiesz, że źle wyrecytowałaś słowa przewodniczącego Mao?

Youyou pokiwała głową i powiedziała, że wie, ale kiedy nauczycielka poprosiła, żeby zaczęła od początku, Youyou nie była w stanie otworzyć ust. Tak bardzo się bała, że znowu się pomyli. A ponieważ nie chciała otworzyć ust, nauczycielce nie pozostało nic innego, jak tylko pozwolić jej usiąść. Bo co by było, gdyby znowu się pomyliła? Kogo pociągnięto by do odpowiedzialności za taki incydent? Raczej nie Meng Youyou, która miała zaledwie trzynaście lat. Cała odpowiedzialność spadłaby na nauczycielkę. Od tamtej pory nauczycielka nigdy więcej nie wywoływała Youyou do odpowiedzi. Uznała, że dziewczyna jest albo głupia, albo naprawdę opóźniona w rozwoju.

Tiao i Youyou wracały do domu tą samą drogą. Wkrótce Tiao odkryła, że mieszkają z Youyou w jednym komplek­sie. Wcześniej się nie znały, bo chodziły do różnych szkół podstawowych, ale teraz, odkrywszy, że są w tej samej klasie i mieszkają w tym samym kompleksie, Tiao posta­nowiła lepiej poznać Youyou. Wcale nie patrzyła na nią z góry – choć błędne wyrecytowanie słów przewodniczą­cego Mao było haniebne, uznała, że Youyou nie zrobiła tego specjalnie. Po prostu była trochę nieuważna. Poza tym Tiao chciała porozmawiać z Youyou, bo Youyou mó­wiła w dialekcie pekińskim, a nie fuańskim. Pobiegła za Youyou i zawołała:

– Hej, Youyou, zaczekaj chwilę!

Zabrzmiało to jak wołanie starej przyjaciółki, ale te dwie dziewczyny nigdy wcześniej ze sobą nie rozmawiały. Youyou, która szła przodem, usłyszała wołanie i zatrzy­mawszy się, czekała na Tiao, jakby od dawna się przyjaź­niły. Trzynastoletnia Youyou z tendencją do tycia – choć niektórzy już wtedy mogliby ją nazwać grubaską – stała i czekała. Miała skórę gładką i bladą jak masło, krótkie włosy i ogromne piersi. A mimo to nie było w niej żad­nego erotyzmu, być może dzięki niewinnej wesołej twarzy.

Od samego początku rozumiały się z łatwością i nie potrzebowały żadnych wstępów, bo instynktownie się so­bie spodobały. Zaczęły od: „Rewolucja to nie zapraszanie przyjaciół na kolację”.

– Nie jestem taka głupia, jak się wydaje naszej na­uczycielce – powiedziała Youyou. – Przyznaję, źle wyre­cytowałam słowa przewodniczącego Mao, ale zastanów się: skoro rewolucja nie jest zapraszaniem przyjaciół na kolację, to po co nam rewolucja?

Po co nam rewolucja? To pytanie nigdy wcześniej nie przyszło Tiao do głowy. A teraz Youyou, która z pozoru wydawała się taka beztroska, zmusiła ją do myślenia.

– Rewolucja… – ciągnęła Youyou. – Rewolucja po­winna przynajmniej umożliwić ludziom zapraszanie przyjaciół na kolację.

– Ale przewodniczący Mao powiedział, że rewolucja to powstanie – wtrąciła Tiao.

– Właśnie. Skoro powstańcy nie mają jedzenia, to skąd wezmą siłę, żeby powstać? – odparła Youyou. – Ja się boję głodu. Głód przeraża mnie bardziej niż cokol­wiek innego. Jeśli ktoś mnie częstuje jedzeniem, nazy­wam go dziadkiem.

Tiao nie mogła powstrzymać uśmiechu, widząc, jak wielkie serce ma Youyou, i słuchając jej dziwnych wywo­dów na temat rewolucji. Youyou wzbudziła jej sympatię i zaskoczyła ją. Zanim, idąc ramię w ramię, dotarły do budynku numer sześć, Youyou objęła Tiao chłodnym, pulchnym ramieniem.

– Tiao – szepnęła poufałym, naturalnym tonem – na­prawdę powinnaś wiedzieć, że nie mam pretensji do ko­legów i koleżanek z klasy, którzy mnie unikają. Jestem zacofana. Po prostu myślę, że najlepsze, co można robić, to spać, kiedy oczy są zamknięte, i jeść, kiedy są otwarte. Zgadnij, kim chcę zostać, kiedy dorosnę. Chcę być sze­fem kuchni. Taki szef może robić mnóstwo miłych rzeczy. Przez cały dzień albo częstuje ludzi jedzeniem, albo sam je. Widziałaś film Zadowolony czy niezadowolony? Opo­wiada o szefie kuchni. Pewnego dnia włożę wysoką białą czapkę szefów kuchni! Tylko nikomu nie mów. Wiem, że nie powiesz.

Jesteś taka mądra i urocza, Youyou! – pomyślała Tiao. Tiao nigdy nie myślała o tym, żeby zostać szefem kuchni, ale darzyła jedzenie nie mniejszą namiętnością niż Youyou. Dzieliły te same niebezpieczne upodobania, ale Tiao nigdy nie umiałaby ich wyrazić z taką drobiaz­gowością, tak odważnie i szczerze, tak… tak niemoralnie i dekadencko. W samym środku rewolucji, która była po­wstaniem, rozmawiały o wydawaniu uroczystych kolacji i noszeniu białych czapek kucharskich. To były dążenia godne niemoralnego i dekadenckiego stylu życia burżu­jów, niemoralność i dekadencja w czystej postaci. Tiao nie mogła się nie zgodzić z filozofią Youyou, choć w głębi ducha się za to krytykowała. Bardzo chciała delektować się w sekrecie niemoralnością razem z Youyou, bardzo chciała doświadczać w sekrecie dekadencji.

Pożegnały się z ociąganiem. Youyou mieszkała w bu­dynku numer dwa, w tym samym co Chen Zai, zaledwie cztery domy od Tiao, ale mimo to dziewczynom nie było spieszno, żeby się rozstać. Tiao już nigdy więcej nie do­świadczyła czegoś takiego w relacjach z przyjaciółmi.

Youyou zamierzała wydać uroczystą kolację. Na po­czątku zimy pewnego razu po lekcjach zaprosiła Tiao na niedzielny bankiet u siebie w domu. Wybrała niedzielę, bo tego dnia miała być w domu sama. Jej rodzice praco­wali na farmie Trzcinowa Rzeka, tak jak ojciec Tiao. Zwy­kle mieszkała z nią babcia, ale ciotka Youyou niedawno urodziła dziecko i babcia poszła się nim opiekować, więc w domu została tylko Youyou.

Z radością została sama. Przede wszystkim nie mu­siała odpowiadać na bezustanne, niepotrzebne pytania babci. Staruszka uwielbiała słuchać radia, ale często nie rozumiała, o czym w nim mówią. Ciągle przekazywano wieści o ostatnich spotkaniach wielkiego przywódcy, dodając, że „spotkanie odbyło się w miłej, przyjaznej at­mosferze”. Babcia pytała: „Youyou, jak to możliwe, że to miłe, przyjazne spotkanie trwało tylko siedem minut?”. Poza tym myliła nazwisko Nixona z chińskim słowem oznaczającym cebulę i pytała: „Youyou, jak to możliwe, że przezywają taką wielką szychę cebulą?”. Teraz, kiedy babci nie było w domu, Youyou i jej wielka pasja mogły przejąć kontrolę nad kuchnią.

W tamtych czasach lud jadał prosto i nudno, więc wy­posażenie kuchni było skąpe i podstawowe. Youyou od dziecka czuła namiętność do jedzenia, ale nigdy nie wi­działa wykwintnych technik kulinarnych i nie miała zbyt dużo pieniędzy. Była jednak na tyle pewna siebie, że na­wet mając w kieszeni jednego juana, zaprosiła przyja­ciółki na kolację.

Piętnaście fenów wydała na kawałek boczku. Od­kroiła skórę i przez kilka godzin dusiła ją na wolnym ogniu. Kiedy skóra zaczęła drżeć, nabierając puszysto­ści i miękkości, a soki zgęstniały, Youyou dodała sos sojowy i szalotkę, a potem odstawiła to wszystko, żeby ostygło i okrzepło, zmieniając się w galaretkę z wieprzo­wej skóry nazywaną auszpikiem. Następnie pokroiła tłu­stą wieprzowinę w kostkę, pokryła ją rzadkim ciastem z mąki, usmażyła w oleju (mięso się przypaliło, bo dała za mało oleju) i smażona wieprzowina też była gotowa. Jadło się ją oprószoną solą i pieprzem.

W szafce w kuchni znalazła trochę suszonych uszaków bzowych i pączków liliowca, namoczyła je i wykorzystała resztki wieprzowiny, żeby przyrządzić wieprzowinę muxi. Kolejna potrawa gotowa.

Chciała podać cztery dania i zupę, więc wydała dwa feny na kawałek ciasta z jabłkami. Poszatkowała białą rzepę i pokroiła ciasto. Biała rzepa z czerwonym ciastem z jabłkami – smakowite nawet z wyglądu. Potem ugo­towała miskę zupy z suszonych krewetek z sosem sojo­wym. Bankiet, na który wydała łącznie pięćdziesiąt dwa feny, był gotowy. Na koniec upiekła na piecu garść ma­karonu ryżowego do dekoracji. To był jej własny pomysł, wyprzedziła swoje czasy – przezroczysty makaron ryżowy, który w czasie podpiekania pęczniał i bielał, nabierając przyjemnej chrupkości, całkiem jak dmuchane ziarna ryżu popularne w latach osiemdziesiątych.

Tiao przyszła na bankiet i przyprowadziła ze sobą Fei. Youyou czuła się zaszczycona, mogąc gościć na kolacji tak wspaniałą piękność. Uważała, że wykwintne potrawy, które stworzyła, są idealne dla takiego gościa, bo tylko wielkie piękno jest ich godne.

Wszystkie trzy usiadły, by delektować się daniami Youyou. Za namową Fei dziewczyny wypiły nawet trochę wina, które w rzeczywistości było wodą. Kiedy Tiao i Fei usłyszały, że Youyou wydała na tak wielki stół rarytasów zaledwie pięćdziesiąt dwa feny, nie mogły się nachwalić jej kulinarnego geniuszu, który był w stanie zmienić ołów w złoto. Fei łapczywie wypiła wino, pochłonęła auszpik z wieprzowej skóry i białą rzepę, a na końcu schrupała kruchy makaron ryżowy. Jadła i piła, aż jej ciało ciężko osiadło, a oczy zaszły mgłą. Youyou i Tiao pomogły jej się położyć na łóżku. Leżała na boku.

– Youyou – powiedziała, kładąc policzek na łokciu – masz naprawdę fajne mieszkanie, mogłabym tu zostać na zawsze.

W tej chwili wyglądała tak pięknie – jak księżniczka albo królowa – że Tiao i Youyou, które stały obok łóżka, były gotowe służyć jej całym sercem.

Gdy zniknęły ostatnie kęsy jedzenia, dziewczyny za­częły rozmawiać o menu na następne przyjęcie.

– Mój tata umie robić deser zwany maleńkimi goto­wanymi kulami śniegu – pochwaliła się Tiao.

– Zaraz, zaraz, maleńkie gotowane kule śniegu? – za­interesowała się Youyou. – Brzmi cudownie. Już po na­zwie poznaję, że to coś niezwykłego. Kto by pomyślał? Czy można gotować kule śniegu?

Chciała poznać wszystkie szczegóły przepisu, ale Tiao nie mogła ich sobie przypomnieć, więc obiecała Youyou, że sprawdzi po powrocie do domu.

Jak wspaniale byłoby zrobić gotowane kule śniegu! Tiao z entuzjazmem zaczęła przeszukiwać stare cza­sopisma znalezione w domu. Zostało ich niewiele, ale pamiętała, że gdy wyjeżdżali z Pekinu, Wu zachowała kilka numerów chińskiego wydania „Sowieckiej Ko­biety”, a resztę sprzedała albo wyrzuciła. Magazyn, który dawniej prenumerowała Wu, prezentował różne style gotowania, dziergania, dbania o urodę i ubierania się.

Wu uwielbiała działy poświęcone robótkom ręcznym i modzie – to właśnie tam znalazła wiele wzorów swo­ich swetrów – ale jedzenie zupełnie jej nie interesowało. Gdy nadchodziły wakacje, to Yixun tworzył nowator­skie potrawy na podstawie przepisów z czasopism. Udało mu się zrobić gotowane kule śniegu i Tiao na zawsze zapamiętała ten magiczny deser. Po powrocie do domu zaczęła szperać w książkach i magazynach, korzystając z nieobecności Wu. Jej matka pojechała pewnie do Szpi­tala Ludowego na spotkanie z doktorem Tangiem, ale Tiao poczuła, że już się tym nie przejmuje. Zdecydowa­nie nie dlatego, że zaczęła akceptować doktora Tanga, ale dlatego, że teraz miała własne przyjaciółki i przy­jaźń była dla niej ważniejsza niż związek Wu z dokto­rem Tangiem.

Tiao szukała w domu starych numerów „Sowieckiej Kobiety”. Pomogła jej Fan, która niedawno wróciła ze szkoły, i w końcu je znalazły. Tiao wiedziała, że obno­szenie się z takimi czasopismami jest nielegalne i że mogły zostać skonfiskowane. Właśnie dlatego czuła się podniecona i czujna jak tajna agentka. Owinęła maga­zyny w gazetę, schowała je do dużego plecaka, a potem poszła do Youyou, ciągnąc za sobą Fan.

Weszła do środka i dała Youyou znak, żeby zamknęła drzwi na zasuwę. Youyou wykonała polecenie i pode­szła na paluszkach, żeby usiąść obok Tiao, cierpliwie czekając, aż przyjaciółka pokaże jej „Sowiecką Kobietę”. Tiao otworzyła plecak, odwinęła z gazety jeden z ilustro­wanych magazynów, przewróciła kartkę i przeczytała na głos, słowo w słowo:

– Nie ma nic lepszego niż zwieńczenie świątecz­nego obiadu tak przepysznym, lekkim deserem, jakim są maleńkie gotowane kule śniegu. Zmieszaj cukier puder i kwasek cytrynowy z ubitym białkiem, dodając sypkie składniki łyżka po łyżce, i wrzuć do wrzącego mleka. Nie dopuść do tego, by kule się skleiły. Białko i kwasek cytrynowy wchłoną trochę płynu i dojdzie do reakcji chemicznej, w której wyniku powstaną maleńkie kule śniegu. Gotuj je trzy minuty, delikatnie wyjmij łyżką cedzakową, a następnie przełóż do durszlaka. Kiedy wyschną, podawaj na talerzu polane syropem. Uważaj, żeby się nie skleiły. Syrop: starannie wymieszaj żółtko z cukrem i ubij na puszystą masę. Dodaj łyżkę mąki i wlej otrzymane ciasto do wrzącego mleka. Nie przesta­waj mieszać, dopóki syrop nie zgęstnieje. Dodaj wanilię, wymieszaj i odstaw do wystudzenia. Do przygotowania maleńkich kul śniegu potrzeba dwóch białek, trzydziestu centymetrów sześciennych cukru pudru, trzydziestu cen­tymetrów sześciennych kwasku cytrynowego i dwustu centymetrów sześciennych mleka. Do przygotowania sy­ropu potrzeba stu centymetrów sześciennych mleka, stu centymetrów sześciennych cukru i jednego żółtka. Ilość wanilii w zależności od upodobań.

To, co przeczytała Tiao, napełniło Youyou trwogą. Wiele składników przepisu, na przykład wanilia, kwa­sek cytrynowy i cukier puder, było dla niej tajemnicą, ale miała wspaniała intuicję, jeśli chodziło o przysmaki z ca­łego świata. Ta intuicja obejmowała węch, smak i dotyk i dzięki niej Youyou doszła do wniosku, że maleńkie go­towane kule śniegowe z pewnością są aromatyczne, sycące, mięciutkie i przepyszne. Jej auszpik z wieprzowej skóry i smażona wieprzowina nie mogły się z nimi równać. Były potrawami z innego poziomu, należały do innego świata. Ale Youyou się nie zlękła. Czuła, że uda jej się zrobić ten  deser. Spytała, co to jest centymetr sześcienny, i Tiao po­wiedziała, że to tyle co jeden gram. Wtedy Youyou na­brała pewności siebie – doświadczony szef kuchni zawsze zwraca uwagę na szczegóły. Potem spytała, gdzie można znaleźć takie składniki. Youyou nie piła mleka i miała w domu jedynie jajka, cukier i mąkę.

– To żaden kłopot – powiedziała Tiao. – Mamy jesz­cze w domu kwasek cytrynowy i wanilię. Jest i mleko. Ja i Fan wypijamy pół jin mleka dziennie, ale możemy to przeznaczyć na kule śniegu. Przecież w przepisie jest napisane, że potrzeba tylko trzystu centymetrów sześ­ciennych. Trzysta centymetrów sześciennych to trzysta gramów, mniej niż jeden jin, w którym mieści się pięć­set. Co ty na to, Fan?

Fan energicznie pokiwała głową. Wiedziała, że warto poświęcić pół jin mleka, bo dzięki temu na pewno zosta­nie zaproszona na maleńkie kule śniegu.

4.

Lekko sfatygowane numery chińskiego wydania „Sowie­ckiej Kobiety”, od których trudno było się oderwać, na długo stały się duchową strawą Tiao, Fei i Youyou. Traktując mieszkanie Youyou jak twierdzę, dziew­czyny bez końca czytały i wypróbowywały przepisy. Nigdy się przy tym nie nudziły. Dzięki pomocy Tiao Youyou udało się zrobić maleńkie gotowane kule śniegu. Kiedy stały przed piecem na brykiet, policzek przy po­liczku, i patrzyły, jak rzadkie ciasto z białka wpada do wrzącego mleka, by wchłonąć trochę płynu i zmienić się w kule śniegu, prawie płakały z przejęcia. Czuły się tak, jakby osiągnęły nowy poziom, na którym nie tylko wy­kazują się rzemiosłem, lecz także sztuką, wielką sztuką. Trzymając łyżki, delikatnie wkładały do ust śnieżnobiałe kule w jasnożółtym syropie, pozwalając językom okrążać je i smakować. Wstrzymywały oddech, żeby żuć i delek­tować się smakiem. Robiły to z prawdziwym uczuciem i jedzenie też darzyło je uczuciem. Obdarowywało ich usta i żołądki aromatem, a bogaty smak mówił, że życie może być bardzo piękne. Youyou już nie wróciła do dmu­chanego makaronu ryżowego i smażonej wieprzowiny. Jej ambicją stało się wypróbowanie wszystkich najlepszych przepisów z „Sowieckiej Kobiety”. Tiao wspierała Youyou w dążeniu do tego celu, hojnie dostarczając wszystkie składniki, jakie udało jej się znaleźć, produkty schowane przed Wu, takie jak curry, cynamon, liść laurowy, ziarna białego pieprzu, pikantny sos sojowy, sos pomidorowy, kwasek cytrynowy, wanilia… Prawie wszystkie z nich znajdowały zastosowanie podczas przygotowywania je­dzenia i picia w twierdzy Youyou.

Przyjaciółki przestały wydawać kieszonkowe. Od­kładały fen po fenie. Gdy uzbierały wystarczająco dużo, składały się na rybę, mięso, owoce, jajka i cukier. „So­wiecka Kobieta” je uspokajała i przestawały się przejmo­wać obojętnością nauczycieli i kolegów z klasy, odwoły­waniem lekcji i ciężką pracą fizyczną. W szkole średniej często kierowano je do kopania schronów przeciwlot­niczych, a czasem bez żadnego konkretnego powodu miały mieszać piach z wodą i umieszczać go w formach. Wracały do domu ubłocone i mokre. Myły się i szły pro­sto do Youyou, gdzie czekała na nie „Sowiecka Kobieta”.

Uczyły się, a potem robiły armeńskie paszteciki z pie­czonej wieprzowiny: „Połącz zmieloną wołowinę, żółtko, sól, pieprz i siekaną cebulę i uformuj paszteciki. Oprósz je mąką i posmaruj rozmąconym jajkiem. Potem po­syp paszteciki okruszkami chleba, włóż je do piekarnika i piecz piętnaście minut. Z bulionu mięsnego zrób sos po­midorowy w następujący sposób: dodaj sos pomidorowy do bulionu i zagotuj. Dodaj glutaminian sodu, sól i odro­binę mąki albo skrobi kukurydzianej. Na koniec wyłóż upieczone paszteciki wieprzowe na talerz i polej je sosem”. Youyou nie miała piekarnika, ale wpadła na pomysł, żeby pieczenie zastąpić smażeniem posmarowanych tłuszczem pasztecików na małym ogniu. Smakowały bardzo dobrze.

Robiły też pikle z Tbilisi, włoską potrawkę rybną z wi­nem, węgierski gulasz, ukraińską zupę z czerwonej kapu­sty, grillowaną wieprzowinę w pomidorach po kantońsku i grillowaną wieprzowinę Hangzhou. Szczególnie bliskie ich sercu były chińskie potrawy prezentowane w „So­wieckiej Kobiecie”. Za to nie miały pojęcia o grillowa­nej i smażonej dziczyźnie. Nie były w stanie zdobyć dzi­czyzny, więc nabijały się z ilustracji w dziale kulinarnym: z królika trzymającego w jednej łapce nóż, a w drugiej widelec i objaśniającego czytelniczkom, jak przygotować i zjeść pyszną dziczyznę. Zupełnie jakby ktoś z entuzja­zmem tłumaczył innym, jak powinni go zabić i przygo­tować, by był najsmaczniejszy.

Raz na jakiś czas przyjaciółki próbowały robić prze­kąski: rosyjski naleśnik ze słodkiego chleba, cukru i miodu oraz zawijaną wołowinę doprawioną curry. Nie­które przepisy wymagały użycia „kremu marshmallow”, więc dziewczyny natychmiast zaczęły szukać niezbęd­nych składników: śmietanki, żelatyny, białka, cukru, kar­melu, wody i wanilii. Aby otrzymać krem marshmallow, należy połączyć te składniki i długo je ubijać, aż nabiorą

puszystości. Najtrudniej było znaleźć śmietankę, żela­tynę i karmel: w fuańskich sklepach po prostu nie sprze­dawano takich rzeczy. Youyou przypomniała sobie, że mama jej koleżanki ze szkoły podstawowej pracuje w za­kładzie przetwórstwa spożywczego, więc poszła z nią porozmawiać.

– Rzeczywiście mamy w zakładzie te produkty, ale do czego ich potrzebujesz? – powiedziała mama koleżanki.

– Babcia zachorowała i lekarz zalecił jej pewną ludową miksturę, która składa się z tych trzech rzeczy. Potrzeba tylko trochę, tylko odrobinki każdego z nich.

Ale nawet odrobinka kosztuje. Zakład przetwórstwa spożywczego był własnością państwa. Youyou wyko­rzystała znajomości i wydała ogromną sumę pieniędzy, jednego juana i czterdzieści fenów, by kupić śmietankę, żelatynę i karmel. Ubijała miksturę na zmianę z Tiao, używając do tego pałeczek, tak samo jak podczas ubija­nia jajek. To była naprawdę ciężka praca. Wspominając ją po latach, Tiao pomyślała, że połączenie tych wodni­stych składników i ubicie ich na śnieżnobiały puszysty krem graniczyło z cudem. Ale nie poddała się, zachęcana przez Youyou. Ubijały miksturę prawie godzinę, aż roz­bolały je ręce i pociemniało im w oczach, ale w końcu się udało. Lepka ciecz wreszcie zmieniła się w aromatyczny krem! Ach, krem marshmallow!

Szczególne zainteresowanie Youyou wzbudziła wspa­niała uczta zaprezentowana w dziale „Domowa kuchnia”. W zasadzie zaproponowano tam tylko kilka rodzajów potraw na zimno z owocami i warzywami. Napisano tak:

Przygotowywane przez was dania powinny być za­równo smaczne, jak i atrakcyjne wizualnie. Używając takich składników, jak świeży ogórek, zielony gro­szek, pokrojone ugotowane jajka, szczypiorek i pomi­dory, możecie skomponować atrakcyjne danie. Począ­tek jesieni obfituje w warzywa, więc gospodynie mogą z łatwością przygotować przeróżne smaczne i kuszące potrawy.

Poniżej prezentujemy przepisy Władimira Lepuszyna, szefa kuchni w moskiewskim hotelu Metropol.

Świąteczna przystawka (na zimno): najpierw po­kroić ugotowaną dziką kaczkę na cienkie plasterki, a następnie ugotować młode ziemniaki, kalafiora i łodygi selera, pokroić je wszystkie w kostkę i dodać zielony groszek. Pokroić na cienkie plasterki równej grubości ogórka i pomidory, następnie wszystko po­łączyć, dodając sól i dressing (zmieszać olej roślinny, żółtko, dodać do smaku musztardy i octu, ubić). Przy­stawka gotowa. Należy ją ułożyć w następujący spo­sób: w wysokiej misie na nóżce nakładać składniki warstwami, tworząc kształt wieży i skrapiając dres­singiem. Na czubku wieży położyć wydrążoną pa­pryczkę chili, a na jej końcu umieścić oliwkę (albo śliweczkę), wieżę otoczyć oliwkami (albo śliwecz­kami), a całość plasterkami świeżego jabłka i ogórka o zygzakowato wyciętych krawędziach. Na tych pla­sterkach też ułożyć oliwki i na koniec przybrać kra­wędź misy świeżymi liśćmi sałaty.

Jabłkowy kubek: wydrążyć jabłko, tworząc sko­rupę w kształcie kubka, następnie połączyć małe kawałki miąższu jabłka ze świeżym ogórkiem, go­towaną marchewką, zielonym groszkiem i kapustą, dodać dressing i włożyć do kubka z wydrążonego jabłka. Ułożyć jabłka na półmisku, otaczając je liś­ćmi sałaty, plasterkami cytryny i krążkami pokrojo­nej papryczki chili.

Koszyczek: usunąć pestki z bardzo dużego ogórka, tworząc koszyczek o owalnym kształcie. Do środka można włożyć zimne warzywa. Zrobić ze szczypiorku rączkę koszyczka. Wokół ułożyć liście kapusty wy­pełnione kulkami wydrążonymi z marchewek i świe­żych ogórków.

Youyou przestudiowała trzy podane przepisy i uznała, że „świąteczna przystawka” jest niewykonalna. Nigdzie nie zdołałaby znaleźć dzikiej kaczki i oliwek, a poza tym cały proces sprawiał wrażenie zbyt skomplikowanego, kojarzył się z kulinarną akrobatyką. Za to „koszyczek” wydawał się możliwy. Z łatwością mogła znaleźć ogórki, szczypiorek, marchewki i kapustę. Zaczęła zatem sta­rannie rzeźbić w ogórku.

Tiao nie interesowały żadne kulinarne techniki „gar­nirunku”. Ilekroć jako dorosła kobieta widziała te „re­alistyczne” pawie i kwiaty wycięte z marchewek i rzep albo złote rybki zrobione z ułożonych na stole bankie­towym stuletnich jaj, reagowała na to pretensjonalne bezguście obrzydzeniem. Uważała, że poświęcanie de­koracjom tak wielkiej ilości czasu i wysiłku jest nie tylko niepotrzebnym, lecz zwyczajnie bezużytecznym bocznym torem sztuki kulinarnej. Dlatego koszyczek Youyou nie wzbudził jej zachwytu, mimo że dłonie na­tchnionej przyjaciółki wyczarowały nożem naprawdę wyjątkową wersję.

W tamtym okresie Fei miała własne rozrywki. Przerzu­cała strony „Sowieckiej Kobiety”, szukając zdjęć z modą.

Ten płaszcz ze złotym nadrukiem ma reglanowe rękawy i nie zapina się na guziki. Spódnica i podszewka zostały uszyte z jasnego fioletoworóżowego jedwabiu.

Cudowna dwuczęściowa sukienka z dopasowaną górą.

Wełniana sukienka w biało-zielone paski, z wszywanymi rękawami. Spódnica plisowana wzdłuż pasków.

Strój na łódkę. Koszulka na ramiączkach, spodnie z grosz­kowego wodoodpornego materiału i granatowa kurtka w czarno-białe paski.

Fei pochłaniała działy mody w ilustrowanych maga­zynach, pewna, że w każdym z tych ubrań wyglądałaby bardzo ładnie, zwłaszcza w stroju na łódkę. To „Sowiecka Kobieta” po raz pierwszy ją poinformowała, że pływa­nie łódką wymaga specjalnego ubrania. Jakże profesjo­nalnie i romantycznie wyglądały dzięki temu takie roz­rywki jak pływanie łódką! Fei podzieliła się wrażeniami z Tiao i Tiao przyznała jej rację. W czasach, w których nikt nie potrafił odróżnić ubrań damskich od męskich, wszystko, co oglądały na zdjęciach, wydawało się szczy­tem luksusu. Obsesyjnie wpatrywały się w te ubrania i tak bardzo je to wciągnęło, że wyobrażały sobie, jak zdej­mują je wprost ze strony i przymierzają. Była tam czarna suknia wieczorowa z rozkloszowaną spódnicą nazwana „Nocą w Kairze”. Miała ją na sobie modelka o nagich ra­mionach i szczupłej talii. Fei nie mogła się powstrzymać i zaczęła ją naśladować. Odłożyła magazyn, podeszła do drzwi i zdjęła z zamocowanego na nich wieszaka czarny płaszcz przeciwdeszczowy należący do ojca Youyou.

Schowała się z tym płaszczem w łazience. Kiedy wy­szła, była „Nocą w Kairze”: upięła warkocze z tyłu głowy, odsłaniając piękne, gładkie ramiona. Owinęła się czarnym płaszczem przeciwdeszczowym pod ramionami i nad piersiami, pokazując wyrzeźbione obojczyki. Mocno przyciskała swoją kreację, żeby płaszcz się nie zsunął. Ach, „Noc w Kairze”! – oklaskiwały ją Tiao i Youyou. Wtedy zaprezentowała im pewną sztuczkę: niespodziewanie zwolniła uścisk, pozwalając, by płaszcz przeciwdeszczowy spadł na ziemię. Stała przed dwiema przyjaciółkami zu­pełnie naga. Być może wcale nie zrobiła tego specjalnie, a być może chciała, żeby zobaczyły jej ciało, takie dojrzałe i światowe. Ileż tajemnic przed nimi skrywało!

Youyou krzyknęła, a Tiao się roześmiała. Uśmiechnięta Fei spokojnie się ubrała. Potem zrobiła im makijaż do kolacji. Dokonała tego w bardzo prosty sposób: potrze­bowała jedynie szminki. Oderwała i namoczyła kawałek czerwonego papieru, a potem kazała dziewczynom wziąć go w zęby i ścisnąć ustami. Czerwień papieru odbiła się na wargach. Ich twarze od razu uwodzicielsko się rozpro­mieniły. Usiadły do kolacji z czerwonymi ustami, robiąc pretensjonalne miny.

– Poproszę o ukraińską zupę z czerwonej kapusty – powiedziała Tiao do Youyou.

Youyou w wysokiej własnoręcznie zrobionej czapce szefa kuchni z namaszczeniem podawała do stołu. Fei odchyliła mały palec i złożyła specjalne zamówienie na pikle z Tbilisi. Robiąc to, ściskała w palcach papierosa – prawdziwego papierosa. Zjadły, wypiły, a potem chciały

posłuchać jakiejś historii. Zadbano o ich żołądki, więc przyszła pora zadbać o umysły. Opowiadanie historii zwykle przypadało w udziale Tiao.

Tiao spojrzała na Youyou, a potem odwróciła się do Fei. Ach, cóż za idealny układ: ona pośrodku, delektu­jąca się smakołykami, podziwiająca usadowioną po lewej stronie uroczą szefową kuchni i piękną dziewczynę po prawej. Umiała opowiadać wspaniałe historie. Czegóż więcej było jej trzeba? Zaczęła mówić o tym, co prze­czytała w „Sowieckiej Kobiecie” w numerze z przepisem na „koszyczek”.

Była to w zasadzie bardzo zwyczajna historia. Dziew­czyna o imieniu Gienia dąsa się na wycieczce i daje się we znaki swojemu narzeczonemu Miszy. Misza przez cały dzień próbuje najróżniejszych rzeczy, żeby rozwe­selić Gienię, ale mu się nie udaje. To robi śmieszne miny, to opowiada historie, to znów śpiewa piosenki – piosenki, które Gienia uwielbia, ale nadal jest naburmuszona. Pod­czas kolacji w pewnej restauracyjce Misza flirtuje więc z dziewczyną siedzącą przy sąsiednim stoliku, żeby wzbu­dzić zazdrość Gieni. Według Tiao historia na tym się skończyła. Jej zdaniem była nudna, Tiao zainteresował tylko fragment o zazdrości. Czytając tę historię, miała wrażenie, że czasem emocje muszą być zawoalowane: mężczyzna kocha kobietę, ale niekiedy musi wzbudzić u ukochanej zazdrość, flirtując z inną. Zazdrość ukocha­nej dowodzi, że ona też go kocha i ceni. Mężczyzna musi wybierać tę okrężną drogę i zagadywać inne kobiety, by kochać tę, którą kocha. Ten sposób badania uczuć, me­toda wzbudzającego zazdrość Miszy, lekko fascynował Tiao. Jakie kłopotliwe i zawiłe potrafią być relację męż­czyzn z kobietami! Ale jak to jest być zazdrosną?

Trzeba czasu i energii, żeby poczuć zazdrość i wzbu­dzić zazdrość u innych. Niewykluczone, że zazdrość – to gorzkie, delikatne, dotkliwe uczucie – jest na swój sposób prymitywna, skrywa jakąś przestarzałą głupotę. Emocje z epoki silnika parowego. W latach dziewięćdziesiątych nie byłoby miejsca na zazdrość. Nie byłoby miejsca na nic: na śmiech ani na płacz, na miłosne triumfy i porażki, na szczere rozmowy, na odczuwanie zazdrości i zbieranie odwagi na pojedynek. Lata dziewięćdziesiąte były epoką pozbawioną rywalizacji w miłości. Tak uważała Tiao jako dorosła kobieta. Skoro nie ma już rywalizacji w miłości, kto może wzbudzić zazdrość?

Ale wtedy, w latach siedemdziesiątych, dziewczyny z ustami zafarbowanymi czerwonym papierem nadal rozmawiały o zazdrości.

– Byłabyś zazdrosna, Youyou?

– Byłabyś zazdrosna, Tiao?

– Byłabyś zazdrosna, Fei?

– Nie będę zazdrosna – powiedziała Fei – ale inni będą zazdrośni o mnie.

Komentarze

Komentarze